Fantasy/Fantastyka/Science fiction

„Liczy się każda wygrana” – Joe Abercrombie „Czerwona kraina”

czerwona kraina

W Dalekiej Krainie, pięknej, żyznej i bezpiecznej mieszkali szczęśliwi, dobrzy i uczciwi ludzie. Wśród nich zaś łagodny Owca i jego córka, przepiękna panna o imieniu Płoszka. Imię to słodkie dziewczę zyskało dzięki swej płochliwej naturze.

Tak zapewne rozpoczęłaby się bajka o Płoszce, gdyby za pióro chwycił bajkopisarz, jednak historię dziewczyny i jej rodziny postanowił napisać Joe Abercrombie, nie słynący z baśniowych opisów i gładkości języka. Jeśli mieliście już okazję sięgnąć wcześniej po jego książki „Zemsta najlepiej smakuje na zimno” lub „Bohaterowie”, na pewno wiecie, że historie przez niego opowiadane to prawdziwy koszmar, zgotowany wszystkim wkoło.

Dlatego też ta historia rozpoczyna się tak. W Dalekiej Krainie, pięknej, żyznej i niebezpiecznej, mieszkali ludzie, mający za nic dobro i szczęście innych. Tu dla każdego liczył się tylko zysk i codzienna walka o przetrwanie. Wśród nich zaś w swoim gospodarstwie w miarę spokojny i uczciwy żywot wiódł Owca i jego trójka dzieci. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Dwójka dzieci Owcy została porwana przez zbirów z piekła rodem, gospodarstwo doszczętnie spalone, a przyjaciel domu brutalnie zamordowany. Nie przebierająca w środkach Płoszka i nieodstępujący jej na krok Owca, rzucili się w pogoń za porywaczami i mordercami w jednym, by odzyskać dzieci i wymierzyć bandytom sprawiedliwość. W trakcie niebezpiecznej wędrówki Płoszka przemieniła się w kobietę bez zahamowań, a Owca okazał się Wilkiem w owczej skórze. Przedziwna para przewróciła wszystko do góry nogami, by odzyskać dzieci, a krew lała się gęsto. Jakie dramatyczne wydarzenia rozegrały się w drodze do celu i czy udało się odzyskać dzieci, przeczytacie w „Czerwonej Krainie”, która zaprowadzi was w miejsca nieznane i do ludzi, których nigdy, przenigdy nie chcielibyście spotkać na swojej drodze.

Czytelnikom, którzy znają Abercrombiego powiem, że ponownie zetkną się ze starym druhem Coską i nieodstępującym go na krok Przyjaznym, a do kompanii będą mieli oni Duchy, buntowników i Inkwizycję. Mam nadzieję, że dla fanów prozy Abercrombiego to wystarczająca zachęta do sięgnięcia po książkę.

                Abercrombie jak zwykle nie stroni od ukazania świata i ludzi od jak najgorszej strony. Przemoc rodzi jeszcze większą przemoc, a zło wywołuje lawinę okrucieństwa. Porwania, grabieże, morderstwa, to chleb powszedni bohaterów „Czerwonej krainy”. Jedni walczą o przetrwanie, inni o przetrwanie i bogactwo. Nie ma tu miejsca na ideały, czy sentymenty. Liczy się tylko prawo pięści i kodeks, którym najważniejszą zasadą jest brak zasad. Wygrywa silniejszy, słaby ginie w brudnej i brutalnej walce, bo taka jest wojna. Bez upiększania jej, bez przypisywania idei, bez miejsca na szlachetne czyny. Ta wojna to śmierć, w dodatku niehonorowa. Na szczęście, tym razem Abercrombie pokusił się o nadanie części bohaterów ludzkiego oblicza i ludzkich odruchów. Co prawda w minimalnej porcji, jednak w towarzystwie najróżniejszego tałatajstwa najpodlejszej maści, nawet minimalne ludzkie odruchy wzbudzą entuzjazm czytelnika. Dzięki temu również możliwe będzie zrozumienie motywacji Płoszki, Temple’a, Owcy, czy jeszcze kilku innych postaci, które przewiną się w powieści. Ukazanie ich wad i nielicznych zalet, niejednoznaczności zachowań, wątpliwości, motywów działań, w wielu przypadkach ich wewnętrznej walki z otaczającą rzeczywistością, wszystko to sprawia, że postaci te choć wydają się skrajnie odpychające, da się jednak lubić.

                Zadziwiające, jak w książce tak bardzo epatującej przemocą, tak wiele rzeczy wywołuje śmiech. Są miejsca i sytuacje, w których wprost trudno się powstrzymać od choćby parsknięcia, są i takie, przy których nie da się powstrzymać głupawego rechotu. Dla mnie to fenomenalne zjawisko. Być może dzieje się tak również za sprawą nadziei, która ciągle tli się u bohaterów i czytelnika. Na to, że nie wszystko jest tylko czarne, bo przecież pojawiają się przeróżne odcienie szarości, a tej bliżej już do bieli. Na to, że zawsze jest jakieś rozwiązanie i wyjście, choć zwykle i tak parszywe. Na to, że nie taki diabeł straszny, człowiek potrafi być dużo podlejszy, potrafi jednak być dobry. Na to, że ludzie się zmieniają, nie zawsze na gorsze. Na to, że wiele nas dzieli, ale jeszcze więcej łączy. Na to, że warto w coś wierzyć. W cokolwiek.

Polecam, bo Abercrombiego uwielbiam. Dla mnie ta książka, to literacka odpowiedź na Kill Billa Quentina Tarantino.

sztukater MAG

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s