Kryminał/Sensacja/Thriller / Powieść przygodowa

Pożeracz dusz – „Labirynt w Sierra Madre” Jarosław Klonowski

Kiedy tylko na jednym z portali poświęconych literaturze zobaczyłam zapowiedź nowej książki Jarosława Klonowskiego „Labirynt w Sierra Madre”, wiedziałam, że muszę ją mieć. Po pierwsze z uwagi na świetne wspomnienie lektury „Tajemnica świętego Wormiusa” wydanej nakładem MG, z drugiej zaś strony przez chwytliwy tytuł, z tych, które silnie do mnie przemawiają i wrzeszczą wręcz, bierz mnie, bierz! Korzystając z dobrego serca autora, książka niedługo po ukazaniu się na księgarskich półkach, znalazła się i w mojej biblioteczce.

                Jeśli do tej pory nie czytaliście niczego, co wyszło spod pióra Jarosława Klonowskiego, to powiem od razu, wstydźcie się i zapamiętajcie to nazwisko. Autor debiutował niedawno, bo w roku 2010 na łamach Nowej Fantastyki opowiadaniem „Mała Chińska osobowość”. Dlaczego każę wam się wstydzić? Bo to świetnie zapowiadający się pisarz, który ma na swoim koncie bardzo udane powieści historyczno-przygodowe, ze wspomnianą „Tajemnicą św. Wormiusa” i „Ogniami św. Wita” na czele, które zdobyły sporą popularność i sympatię ze strony czytelników. W tym i moją. Z całą pewnością Jarosław Klonowski, to postać, którą warto zapamiętać i z uwagą śledzić, jak rozwija się jego pisarska kariera. Myślę, że niejednokrotnie nas zaskoczy, podobnie, jak zaskoczył mnie swoją nową książką „Labirynt w Sierra Madre”.

                Przyznam bez bicia, że „Labirynt…” okazał się dla mnie sporym zaskoczeniem, pozostawiając po sobie uczucia dość ambiwalentne. Bo z jednej strony pozytywnie zaskoczyła mnie obmyślona przez autora intryga, z drugiej zaś przez sporą część książki zastanawiałam się, czy do książki bardziej pasuje określenie skomplikowana, czy jednak zbyt zagmatwana fabuła. Ostatecznie postawiłam jednak na skomplikowaną, bo choć miejscami wydawała się nieco przekombinowana, to bawiłam się przy niej nieźle i w końcowym rozrachunku, wszystkie wątki stały się dla mnie jasne.

Szybkie tempo książki sprawia, że nie sposób przy niej się nudzić. Do tego dochodzą częste zwroty akcji i dobrze przemyślany kontekst historyczny – coś dla wielbicieli kultur prekolumbijskich. Sprawią one, że poczujecie się przez chwilę niczym Indiana Jones w akcji.

                Cała afera kręci się wokół dwóch przyjaciół: dziennikarza i fotografa, Jacka Witwickiego i Darka Waleskiego. Gdy pewnego dnia po powrocie z Meksyku, gdzie mężczyźni zdobywają kolejny materiał dziennikarski Waleski znika, jego zaniepokojona żona wzywa na pomoc Witwickiego. Tuż przed zniknięciem mężczyzna sugerował, że w meksykańskim Labiryncie Sierra Madre natknął się na zwłoki…

Jacek Witwicki bez wahania rusza na pomoc, ale szybko spotyka go przykra niespodzianka. Jaka? Uchylę wam rąbka tajemnicy – w domu Waleskich zastawiona zostaje na fotografa pułapka. Tu czekają na niego dwaj podejrzani mężczyźni, pragnący poznać szczegóły wyprawy do Meksyku oraz miejsce pobytu Waleskiego. Po sporych perturbacjach całe towarzystwo postanawia wyruszyć do Meksyku, gdzie prawdopodobnie udał się zaginiony mężczyzna. Sytuacja komplikuje się coraz bardziej i nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Afera okazuje się być niebotyczna, a wplątani w nią przypadkowo i celowo ludzie stają się marionetkami w rękach szalenie niebezpiecznych handlarzy narkotyków. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze legendarne krwawe bóstwo Olmeków, Cuauhxcicalli – pożeracz dusz, w którego istnienie wierzą Meksykanie, grasujące podobno w labiryncie Sierra Madre, do którego prowadzą wszystkie drogi wplątanych w aferę ludzi.

Jak zakończy się to prawdziwe szaleństwo i o co tak naprawdę chodzi w całej aferze z prehistorycznymi bóstwami, narkotykami i trupami w jaskiniach, o tym przeczytajcie koniecznie w książce Jarosława Klonowskiego.

                Drobną uwagę muszę rzucić w stronę korekty w książce, a właściwie w stronę jej braku. Karygodne jest dopuszczenie do druku błędów, jakie pojawiają się w „Labiryncie…”. Dla przykładu – fatalnie wyglądają zdania typu: „powinien pomyśleć nad tym, czy przypadkiem nie zaraża się właśnie grzybicom”. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że za takimi błędami stoi autor. A błędów jest tu niestety więcej, jakby wydawca zupełnie nie dbał o to, by tekst dopieścić i wygładzić, jakby był on korygowany w olbrzymim pośpiechu. Szkoda, bo psuje to obraz smakowitej powieści, napisanej w niezłym stylu. Ze szkodą dla dobrej prozy autora, który zasługuje na to, by jego teksty wydawać z pełną starannością i dbałością o najdrobniejszy szczegół.

Ocena 4,5/6

Dziękuję autorowi za przesłanie mi książki.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s